Urodziłem się niewiele ponad 10700 dni temu. Niestety nie w stajence i nie na sianie. Nawet nie w świętym mieście Częstochowie. Byt mój unieszczęszcza piękno wypatrywalności, trwoni akcydentalność umysłowej bystrości i ruinuje niezbywalność majętności.
Gdyby ktoś mnie zapytał, czy lepiej być ubogim socjalistą (synonimicznie ubogim chrześcijaninem), czy oglądać z apartamentu biedaka szukającego chleba w śmietniku, popukałbym się w czoło. Wszak apartamentowce nie mają okien skierowanych na śmietniki.
Bycie kanapowym filozofem i plasowanie ławowych dyktatów wymaga energii. Asceza wody i suchego chleba dogorywa samotnie wobec kolażu pepsi z czekoladą z laskowymi orzechami. Może to mój miniapartament z gorszymi widokami. Chciejstwo nie zrywa wszystkich oków iluzji.
Od kiedy pamiętam nie przepadałem za tym, co mnie otacza. Pozycja outsidera była najlepszym z najgorszych rozwiązań. Czasem bolała, nie bardziej jednak niż sama konieczność życia. Coś jednak przeważa szalę pomiędzy byciem a niebyciem. Nie wiem, może czekam daremnie na magiczną moc Twojego uśmiechu?
Życie z czasem staje się banalnie proste. Wystarczy odnaleźć odpowiednią instrukcję obsługi. Trochę radości, trochę żartów, skrywanie smutku, bólu, łez. Receptura nie wymaga wysiłku, każde dobro jest ograniczone, prócz jednego – iluzji..
Omaszek Idermannek, Warszawa.